Takie opowiadania to ja, na swój prywatny użytek uczenie nazywam – prozą implozyjną. Na powierzchni fabuły nic szczególnego, nic ważnego, nic wzniosłego niby się nie dzieje. Nic nie wzburza. Nie dziwi. Takie ploty. A jednak raz po raz ta manifestacyjna codzienność zapada się, imploduje i z diabolicznym chichotem odsłania się przed nami... kondycja ludzka.